Technologicznie pędzimy naprzód. Planujemy kolonizację Marsa, a sztuczna inteligencja ma pomagać nam w rozwiązywaniu najbardziej złożonych problemów. Świat przyspiesza z każdym rokiem. A jednak pewne elementy pozostają niezmienne w całej historii ludzkości: głód, zaraza i wojna. To trzej z czterech jeźdźców apokalipsy. Czwarty jest konsekwencją działań tamtych trzech – śmierć. I choć potrafimy dziś modelować dane, przewidywać trendy i symulować przyszłość, wobec śmierci wciąż jesteśmy bezradni. W kulturze zachodniej pozostaje ona tematem tabu – wypieranym, łagodzonym językiem, ukrywanym w statystykach. A to właśnie sprawia, że budowanie komunikacji wokół ludzkich tragedii jest tak trudne.
Bo jak mówić o tym, czego nie chcemy widzieć?
A przecież codziennie jesteśmy bombardowani historiami o ludzkich tragediach. Doniesienia o krwawych mordach, gwałtach czy katastrofach sprawiają, że ofiary tracą twarze. Przestają być indywidualnymi, żywymi istnieniami. W naszej świadomości formują się raczej jako bezosobowa masa – bezkształtna, anonimowa, pozbawiona konkretu. Te tragedie, odległe i nierealne, abstrakcyjne, a czasem wręcz irracjonalne, coraz rzadziej łączymy z prawdziwymi ludźmi. A jeśli do tego dołożymy wyniki najnowszych badań pokazujących spadek empatii, można przypuszczać, że ta tendencja będzie się jedynie pogłębiać.
Osobiście doświadczam podobnego poczucia obojętności, gdy patrzę na statystyki dotyczące wojny w Ukrainie, konfliktu w Strefie Gazy czy przemocy w Sudanie. Według Kopenhaskiego Raportu Pokojowego z 2025 roku liczba kryzysów, które przerodziły się w zbrojne konfrontacje, podwoiła się w ciągu ostatnich pięciu lat.
A jednak, gdy patrzę na te dane, myślę: to TYLKO liczby.
Zdehumanizowane liczby – jak serie produkcyjne albo kilometry zapisane w aplikacji mierzącej aktywność. Rzędy cyfr. Trendy. Wskaźniki.
I to właśnie mnie przeraża. Bo sytuacja, w której ludzie – lub jakiekolwiek inne żywe istoty – zostają przedstawieni jako ciąg liczb, budzi mój głęboki niepokój. Kiedy używamy abstrakcyjnych form do identyfikowania osób, istnieje ryzyko, że zaczniemy postrzegać je jak przedmioty, a nie podmioty. Widziałam to także w organizacjach. W komunikacji wewnętrznej używano numerów pracowniczych zamiast nazwisk. To był element kultury: efektywny, uporządkowany i profesjonalny. Ale dla mnie oznaczało to coś więcej – oddzielenie żywych ludzi od ich funkcji i ról. Role stają się bezosobowe. Człowiek znika. Zostają trybiki w maszynie. Zasoby do wykorzystania. Do zastąpienia, gdy przestaną być potrzebne. I wtedy wraca pytanie, które nie daje spokoju: Jak komunikować ludzkie tragedie tak, by nie zamieniały się w bezduszny wskaźnik?
Język
Język ma znaczenie. Czasem większe, niż nam się wydaje. Kiedy opisujemy tragedie, często sięgamy po słowa bezpieczne, neutralne, techniczne. „Przypadek”. „Zgon”. „Wypadek śmiertelny”. W statystykach medycznych, takich jak te przedstawiające liczbę osób, które zmarły lub wyzdrowiały z COVID-19 Brzmią one profesjonalnie, precyzyjnie i bezemocjonalnie. Ale właśnie w tej bezemocjonalności coś ginie. „Przypadek” nie oddaje czyjegoś strachu. „Zgon” nie opowiada o ostatnim oddechu. „Wskaźnik śmiertelności” nie pokazuje pustego miejsca przy stole.
Abstrakcyjne formy nie budują w naszej wyobraźni obrazów ludzi, którzy wrócili do domu po ciężkiej chorobie, ani tych, którzy pogrążyli się w żałobie po stracie bliskich. A przecież komunikując tragedię, nie chcemy przekazać jedynie informacji. Chcemy poruszyć wyobraźnię. Chcemy, by odbiorca na moment się zatrzymał.
W statystyce język ma funkcję porządkującą. W komunikacji – etyczną. To, jak nazwiemy kolumnę w tabeli, decyduje o tym, czy odbiorca zobaczy wskaźnik, czy człowieka.
Zadaję więc sobie pytanie: czy podpisy pod tymi statystykami mają funkcję porządkującą czy etyczną ?

W kontekście medycznym Recovered / Discharged – Wyzdrowiali / Wypisani ze szpitala a Deaths – Zgony. To poprawne kategorie statystyczne: krótkie, zwięzłe, funkcjonalne. Ale brakuje w nich aspektu człowieczeństwa. Kiedy te same słowa wychodzą poza tabelę i stają się częścią narracji skierowanej do szerokiego odbiorcy, powinny nabierać innego ciężaru – przestać być wskaźnikiem. To nie są już „Wypisani ze szpitala” to mogą być „Osoby, które wyzdrowiały i zostały wypisane” albo „Osoby, które wróciły do swoich domów po chorobie”. „Zgony” zamieniają się w „Osoby, które zmarły”, „Osoby, które straciły życie”. Nawet słowo „ludzie”, może nadawać ton masy. „Osoby” to jednostki, nie zbiory.
Liczby
Kolejny problem stanowią liczby, które reprezentują skalę tragedii. Tysiące, miliony, miliardy – brzmią poważnie, ale pozostają abstrakcją. Nasz umysł nie został zaprojektowany do wyobrażania sobie 279 tysięcy czegokolwiek. Widzimy cyfry, ale nie potrafimy zobaczyć ich znaczenia. To, co przekracza nasze codzienne doświadczenie, przestaje być odczuwalne. W psychologi występuje zjawisko wygasania współczucia (compassion fade, Paul Slovic) wraz ze wzrostem ofiar. Jedna konkretna historia potrafi poruszyć. Dwie wciąż jesteśmy w stanie objąć wyobraźnią. Tysiące są poza naszymi możliwościami poznawczymi. Dlatego by wywołać zaangażowanie emocjonalne opowiadamy historię jednej konkretnej ofiary. Redukujemy skalę do codziennego doświadczenia odbiorcy by potrafił ją oswoić i zrozumieć.
Dla przykładu weźmy konflikt zbrojny w Strefie Gazy. Polska Misja Medyczna podała w kwietniu 2025 że od początku konfliktu zginęło około 15 000 dzieci (osób niepełnoletnich). Można tę informację jeszcze bardziej odczłowieczyc i mówić o procentach – według statystyk około 30% zgonów w Strefie Gazy to osoby niepełnoletnie.
Jak ta informacja rezonuje z Tobą czytelniku?
A jak ją przyjmujesz czytając, że od początku konfliktu w Strefie Gazy ginie dziennie około 25 dzieci? Ta liczba do ogarnięcia dla większości osób. To statystyczna liczba uczniów w klasie w szkole podstawowej. Każdy z nas uczęszczał do podobnej. Plecaki pod ławkami, wygłupy na przerwie. Zaczyna się lekcja. Leci granat. I tak przez 566 dni – 1 rok, 6 miesięcy, 21 dni…(statystyki były podane na dzień 25 kwietnia 2025).
Ikonografia
Duże liczby i procenty nie są najlepszym sposobem opowiadania o ludzkich tragediach. Jak więc przejść od matematycznych zbiorów do poziomu jednostki? Jak pokazać skalę w formie wizualnej, która pozwala zobaczyć człowieka, a nie tylko wskaźnik?
Pomocne są wizualizacje oparte na elementach punktowych – takie, w których każdy znak, każda sylwetka reprezentuje jedną, konkretną osobę.
Jak możemy wykorzystać taką ikonografikę, by pokazać skalę zabitych dzieci? Wiemy, że stanowią około 30% ofiar. To liczba abstrakcyjna. Procent, który łatwo przeczytać, trudniej poczuć.
Zamieńmy więc 30% na coś bardziej uchwytnego. Trzy osoby na dziesięć. Dziesięć potrafimy sobie wyobrazić. To niewielka grupa. To rodzinny obiad. To wspólne zdjęcie. To podwórko, na którym bawią się dzieci.
W Strefie Gazy wielodzietne rodziny są normą kulturową i społeczną. Statystycznie zamężna kobieta ma od trzech do pięciu dzieci. Dziesięć osób to może być typowa rodzina wielopokoleniowa – dziadkowie, rodzice, kilkoro rodzeństwa.
I w tej grupie trzy sylwetki są zaznaczone. Procent przestaje być abstrakcją, a rzeczywistą stratą.

Podobno Józef Stalin powiedział kiedyś „Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”. Rozumiał, jak łatwo wielkie liczby gaszą współczucie. Historia pokazała, do czego prowadzi myślenie w kategoriach liczb zamiast ludzi.



